Historia

Szlak budowlany

Jacka Kowalskiego

  1. Nowa Huta - majster - 30 ludzi - fundament zgniatacza Walcowni Gorącej i Koksownia.
  2. Zakopane - kier. obiektu - 50 ludzi - obiekty COS na FIS'62.
  3. Puławy - kier. bud. - 200 ludzi - wytwórnia saletry Azoty 2, Fabryka Amunicji w Pionkach.
  4. Włocławek - kier. bud. w GW - 300 ludzi - Wytwórnia Saletry Azoty 1, Drumet, ZACHEM Bydgoszcz, Elana III Toruń.
  5. Trójmiasto, Elbląg, Kwidzyn - Naczelny inżynier ENERGOBLOK - WYBRZEŻE: elektrociepłownie Gdańska i Gdyni, Rafineria Gdańsk, Celuloza Kwidzyn, stacja SKM Cisowa.
  6. Irak - szef przedstawicielstwa - 1 500 ludzi na 7 kontraktach - 275 milionów $, Al. Khalis. Al. Whida, Gurna, Basra, Urn Qasrh, Khor Az Zubair, Kuwait, Abu Graib.
  7. Lovissa, Paks, Kozłodój - elektrownie jajdrowe 440 MW - szkolenia, praktyki.
  8. Jeniköy - szef nadzoru elektrowni 2 x 230 MW pod klucz - 850 Polaków, 2 500 Turków.
  9. Nietieszyn - naczelny inżynier budowy II bloku 1 000 MW Chmielnickiej Elektrowni Atomowej - 2 500 ludzi w tym 200 inżynierów.
  10. Lwów - Fabryka elementów rakiety ENERGIA.
  11. Kijów - ATOMENERGOSTROJ biuro projektów nuklearnych - dziś wszyscy specjaliści w Izraelu.
  12. Bielsko – Biała Śląsk - leasing inwestycyjny - dyrektor firmy.
  13. Warszawa - Wieżowiec Reform Plaza - szef nadzoru.
  14. Los Angeles - technologie kompozytowe - nauka i fascynacja, otrzeźwienie, zobaczyłem i dotknąłem: koniec ery konstrukcji żelbetowych i stalowych, z których my tu w Europie jeszcze nieźle żyjemy.
  15. Warszawa - SERWBUD Bemowo - apartamentowce.
  16. Warszawa - CATALINA - Wyścigi, 300 apartamentów.
  17. Warszawa - ATLAS, CAA - demontaż Kasprzaka - ostatnich zrębów socjalizmu i budowa zrębów kapitalizmu, 200 (z tysiąca) apartamentów.

 

Pół wieku


Pięćdziesiąt lat minęło jak ... 18 tysięcy 250 dni. Każdy dzień to dniówka budowlana od świtu do zmierzchu - mniej lub bardziej udana. Każdy miesiąc to 250 godzin. A nieraz, jak latem na Pustyni Khor Az Zubair (+58°C) czy na Stepach Ukrainy (-32°C), sukcesem było ją przeżyć. Więcej pamiętam dniówek miłych i udanych - jak te w pięknej Turcji i Kalifornii. Byty tez dniówki "gorące", gdzie działa się na naszych oczach historia - w Trójmieście i Kwidzynie w czasie Wielkiego Strajku '80 czy Roku Pamiętnego '81, kiedy to WRONA - ówczesna władza - wyposażyła mnie w wilczy bilet prawie na ćwierć wieku. Nie dałem się. Z uszczerbkiem na zdrowiu, ale przeżyłem dzięki pomocy takich przyjaciół jak: minister Jurek Bajszczak, Dyrektor PGNiG Jurek Tombak i minister Andrzej Bratkowski oraz rząd Republiki Tureckiej i moi tureccy przyjaciele - brać budowlano-energetyczna, (którzy mnie zatrudnili 10 lat potem na wieżowcu Reform Plaza) oraz firmy izraelskie CATALINA i ATLAS, które daty mi pracę w kraju. Tak zaczęła się moja przygoda z Warszawa, i Kongresówką (tak rożna mentalnie od rodzimej Galicji, oraz Pomorza i Śląska) - gdzie przepracowałem ostatnie 12 z tych 50 lat i gdzie dzisiaj razem z Wami - kończę "karierę" (fr. carrier = kamieniołom!) rozpoczętą na Walcowni w Nowej Hucie w sierpniu 1958 roku.

Moja kariera była możliwa dzięki całemu ciągowi szczęśliwych wydarzeń, które mnie do dziś spotykają. A najważniejsze z nich to:

 

II Wspaniali ludzie

Od rodziców poczynając, którzy dali mi galicyjską kindersztubę i angielską dyscyplinę - matka guwernantka, ojciec oficer Royal Army w II korpusie gen. Andersa, energiczna, atrakcyjna żona, zaradna i samodzielna córka. Dalej wychowawcy oraz trenerzy AZS ZAKOPANE z Dudkiem Fischerem i Stefanem Dziedzicem na czele, którzy - pod hasłem akademickiego narciarstwa wyczynowego - stworzyli enklawę wolności, chroniąc, nas przed indoktrynacją ówczesnego otoczenia.
Koledzy ze szkoły: poczynając od Jurka Drohockiego dziś Uri Madpis'a - światowej rangi audytora budowlanego  , na Jurku Korzeniowskim "człowieku No1 in the world" w konstrukcjach kompozytowych kończąc.
Wyjątkowy był też sławny rocznik 1953 Politechniki Krakowskiej. Dzięki kontaktom z kolegami, dziś profesorami i ministrami jestem na bieżąco z teorią inżynierską, a oni z rzeczywistością budowlana, w kraju i na świecie. Ówcześni wykładowcy PK w większości z Politechniki Lwowskiej postarali się o nasze staranne wykształcenie. (Jestem laureatem Złotej Księgi Wychowanków Politechniki Krakowskiej).
Moi szefowie - legendy polskiego budownictwa - w Nowej Hucie: Kramkowski, Vogt, Dubiel, Zaremba i Gawron -właściciele przedwojennych przedsiębiorstw budowlanych; w Zakopanem: Bobrek, Górski i Ustupski; W Puławach poznałem Adka Dołmata. Przygoda z nim (byłem zastępcą Adka) trwała 15 lat, a przyjaźń do dzisiaj. Potem Zjednoczenie Budowy Elektrowni i Przemysłu: słynny Jurek Wojtowiecki (b. KEDyw. AK) wspaniali Koledzy z grona naczelnych inżynierów przedsiębiorstw GW Budowy Elektrowni i Przemysłu. Następnie Yalčin Akčakir z Türkiš Elektrik Kurumu w Yeniklöy i niezapomniany Wojtek Bertisch z okresu naszej fascynacji leasingiem w Bielsku Białej i na Śląsku. Moi izraelscy przyjaciele: bracia Ariel i Avi Ariev, Lital Zelinger, Jakub Goldzak, Dawid Zach.

Ci wspaniali ludzie wpoili mi wiele zasad, z których 10 przekazuję inżynierskiej młodzieży; większość z nich to prawdy oczywiste, czyli te najtrudniej przyswajalne:

 

 

III Podróże też kształcą
w Iraku angielski nadzór Golden Huk i Nedeco nauczył mnie, czym jest aktywny nadzór inwestorski, wyprzedzający zdarzenia, nie dający się wraz z inwestorem zepchnąć przez wykonawców do narożnika,

 

na Ukrainie doświadczyłem realnego komunizmu - co rozwiało resztę moich wątpliwości co do sensu i przydatności utopijnego systemu i choć jestem wygadany, detale przemilczę, żeby nie ożyły upiory; w tym okresie jako członek Komisji ds. losów EJ Żarnowiec przy rządzie premiera Mazowieckiego dołożyłem starań aby Polska poczekała na następne bezpieczne technologie nuklearne,

 

w Kalifornii potęga technologii [natychmiast stosowanej w konstrukcjach na budowach i w przemyśle (discovery - research and development) odkrycie - badania - wdrożenie; pieniądze nie są problemem: masz dobry pomysł - juz jesteś na parkiecie!] prawie mnie powaliła - następuje koniec ery żelbetu i stali: ostaną się jeno konstrukcje drewniane i kompozytowe; otrzeźwiła mnie amerykańska wyżymaczka ludzi do uzyskiwania najwyższej na świecie produktywności; Zachwycił mnie ich optymizm oraz popieranie i podpieranie mężów przez zony od rana do wieczora w każdym ich pomyśle i działaniu,

 

w Warszawie przygoda z profesorem Kazimierzem Szulborskim przy fundamentowaniu wieżowców w błocie po pachy oraz wykłady na Politechnice Warszawskiej, pt. "Etos pracy inżyniera wykonawcy w tropiku ... i nie tylko", na których frekwencji nie brakowało.

 

 

IV Rodzina

Wspomnienie o Ojcu Kazimierzu Kowalskim (bezpośrednio od Niego oraz z rodzinnych przekazów i dokumentów) z okazji wystawy prac jego grafiki w Galerii Magdy Kraszewskiej „Dom Doktora” przy ulicy Witkiewicza w Zakopanem w dniu 12 grudnia 2009 roku.

Kazimierz Kowalski ur 1 lipca 1907 (zmarł 30.IX’90) w Zakopanem w rodzinie rzemieślniczej mistrzów krawieckich: Jana (złoty medal na „International Exhibition Arts Industry London 1910”- z rąk Księcia Walii Jerzego* za kompletny strój narciarski {buty wykonał dziadek Andrzej z Kamieńca}, od 1939-45 więzień Nr 99 K.L.Auschwitz {ksywa w Obozowej Organizacji Oporu – „Dziadek”} za akcję przeprowadzenia przez Tatry żony i córki gen.Sosnkowskiego) i Stefani (złoty medal na „Wystawie Rękodzieła C.K.Austro-Węgier Wiedeń 1912”- z rąk Cesarzowej Sisi za suknię ze stokrotek).

Byli to ludzie z „zaciągu fachowców” Władysława hr Zamoyskiego, (rzemieślnicy osadzani na Wilczniku i na Kamieńcu, urzędnicy i nauczyciele na Parcelach Urzędniczych, kupcy i restauratorzy przy Krupówkach, lekarze na Starej Polanie i u podnóża Gubałówki) ściągani dla cywilizowania ówczesnego pastersko-rolniczego Zakopanego.

W takim klimacie (ciekawym, wesołym i pikantnym,- zainteresowanych odsyłam do ciekawej książki „Leliwici Żurowscy” Barbary Adamieckiej{primo voto Kowalskiej} i Stanisława Romana Żurowskiego str.509 do 513), ojciec ukończył szkołę powszechną oraz Gimnazjum i Liceum „Liliana”. 

W Bielsku-Białej ukończył Wyższą Szkołę Przemysłową z biegłą znajomością francuskiego i angielskiego ( co wówczas było oczywiste i przydało się póżniej w Północnej Afryce w wywiadzie polowym Royal Army).

Nie ciągnęło go jednak do „bielskiej wełny” i przemysłu, miał duszę artysty – jak mówił dziadek.

Po podróżach rozpoznawczych (Paryż, Gandawa, Liege) studia artystyczne z grafiki użytkowej rozpoczął na Uniwersytecie w Leodium (gdzie słynna ”grafika europejska”), nie ukończył ich jednak wezwany po 2 latach przez dziadka do pracy w „Bar Empire”- nowo otwartej restauracji (4-tej wówczas po „Wnuku”, „Trzasce” i „Karpowiczu”w Zakopanem).

Równolegle pracował dla Magistratu wykonując afisze i reklamy dla Biura Promocji Uzdrowiska w „Kresach” k/Biblioteki Miejskiej. Pomagał też dziadkowi organizować i budować park zakopiański.

Kazimierę Zadęcką – piękną krakowiankę poznał w Warszawie na CIWF-ie, gdzie wysłała go matka w konkury do innej studentki – córki zakopiańskich mistrzów krawieckich, - w celu dynastycznego zlikwidowania konkurencji, nic z tego nie wyszło, a moja mama miała do końca ciężkie życie z babcią. 
Kazimierz z Kazimierą mimo 9-cio letniej rozłąki wytrzymali do końca

W 1939 Ojciec jako podporucznik rezerwy pojechał na wojnę (mieli wrócić za 2 tygodnie !?) wraz z plutonem 26 zakopiańczyków-strzelców podhalańskich, wróciło ich 2-ch po 9-ciu latach (4-ch ożeniło się w Italii, 2-ch w Szkocji a 18-tu zginęło na szlaku bojowym II Korpusu gen.Andersa (pluton zwiadu na polu walki,- a więc likwidacja szpiegów bez sądu i licencja na zabijanie od Króla Jerzego VI*): Palestyna, Irak, Egipt, El Alamei; Cyrenajka, Tobruk, Brindisi, Monte Cassino, Bolonia i powtórnie Egipt w tajnej misji z gen.Sikorskim). 
Ciekawym epizodem Zakopiańskiego Plutonu było przedostanie się z Węgier do Palestyny: z Obozu Karnego w Balaton-Boglar (gdzie trafili po ucieczce z Obozu Internowania w Siklos) uciekli na linach z wieży zamkowej i przy pomocy węgierskiego wulkanizatora (kolegi wujka Franka Wyroby- wulkanizatora ze Zakopanego) przeprawili się przez Dunaj do Bułgarii i dalej do Turcji gdzie w Istambule (Konstantynopolu-Rumelia Hisar) mieszkał kolega Ojca ze studiów w Liege – generał turecki z żoną też byłą studentką z Belgii. Gdy dotarli do ich Bakcyseraju okazało się, że kolega nie żyje a piękna wdowa (Lewantynka pochodzenia francuskiego) z chęcią ich gościła przez miesiąc przygotowując z ambasadą brytyjską przerzut plutonu z Istambułu do Adany. W tych sprzyjających okolicznościach poczęła się moja przyrodnia siostra Gizel (druga, Sara, w Egipcie w greckiej rodzinie kolegi Ojca z Leodium). Wdowa „kupiła” wagon tytoniu (bez tytoniu), ulokowano tam cały pluton ze stosownym wyposażeniem, zaplombowano i wysłano przez stepy Anatolii i Wrota Cylicyjskie do portu w Adanie gdzie w nocy czekał brytyjski statek, którym rano odpłynęli do Hajfy a tam było już nasze wojsko po exodusie z Kazachstanu przez Teheran i Bagdad, które ich po polsku przywitało w świętej Galilei. 

Zostawił w Polsce 2 synów i żonę (na szczęście dzielną i zaradną- wychowała nas {praktycznie sama} na inżynierów, co nie było w tych czasach łatwe).

Za zasługi na polu walki odznaczony został wieloma odznaczeniami Wielkiej Brytani(m.in.medal „GEORGIUS VI REX”*Imperium tyjskiego”), PRL (medale pamiątkowe) i RP (brązowy Krzyż Zasługi i stopień kapitana)

Wrócił do Kraju jako zdemobilizowany porucznik w 1948 po oczekiwaniu zmiany i nieudanej próbie ściągnięcia nas do Szkocji{opłacony przewodnik przyszedł w nocy do „Capri”(-dziś „Siklawa”) na Tetmajera, aby nas przez Tatry dostarczyć do Wiednia – mama się bała [brat miał 8 a ja 11 lat] i odmówiła} oraz po odbyciu kwarantanny politycznej w obozie UB na polach Cisowskich w Gdyni, – praktycznie nie nadawał się do ówczesnej rzeczywistości.
Chodził w andersowskim mundurze (z odprutymi naszywkami i zmienionymi guzikami) a UB za nim.
Uciekał w Tatry i w swoją grafikę na werandzie w ”Capri” gdzie godzinami rysował angielskimi kredkami. Mama traktowała Go jak trzeciego syna.

Zajmował się również geodezją – opracował np. m.in. .dla Magistratu mapę działek Gubałówki i innych widokowych terenów Zakopanego z dokładnym wykazem i wskazaniem szczytów tatrzańskich z każdej działki widocznych, oraz. studium wielkości działki zakopiańskiej wynoszące 1.500 m2 – póżniej zmienione pzez komunę na 1.200 m2 (i przestrzegane) a dzisiaj w kapitalizmie i demokratycznym państwie prawa zmniejszone do 900 m2 (i nie przestrzegane), {w Poroninie np.[tuż na granicy Zakopanego] wystarczy 500 m2 a nawet mniej, aby wybudować chałupę 6 kondygnacyjną „na jeden autobus”}. W tym okresie dużo pomogli mu w zatrudnieniu Józek Marusarz i in. zakopiańscy architekci i urbaniści.

Mnie i brata Jędrka nauczył angielskiego porządku w życiu i pracy oraz bezpiecznego chodzenia po górach i jak Tatry kochać i szanować rozsądnie

Popierał moją jazdę na nartach w AZS ZAKOPANE pod okiem ówczesnych wychowawców i trenerów - jego kolegów, którzy starali się nas przez te czasy przeprowadzić bez prania mózgu, a z pożytkiem dla zdrowia.(ciekawych odsyłam do moich „Wspomnień na A4 !?” w książce „50 lat Akademickiego Związku Sportowego w Zakopanem 1999” str 151 – 158, oddających klimat ówczesnego Zakopanego odczuwany i zapamiętany przez ówczesną młodzież).

Uczył nas i kazał pamiętać o Katyniu, Sikorskim, próbie utworzenia polskiego kościoła narodowego wśród żołnierzy Armii Andersa – w reakcji na postawę i stosunek Piusa XII i ówczesnego Watykanu do Aliantów w tym Polaków, często nam przypominał, ”że to Zachód (wiecznie pijany Churchil, sparaliżowany Roosvelt i de Gaull’e, - który się do nich bezpodstawnie załapał) sprzedał nas przebiegłym Sowietom i okrutnemu Stalinowi, - aby mieć spokój i drugi plasterek szynki do codziennego chleba bo jeden im nie wystarczał”. Były to wówczas słowa obrazoburcze i niebezpieczne – matka kazała nam milczeć i zapomnieć.

Nie zapisał się do ZBOWiD-u (zapisałem go ja fałszując podpis na prośbę matki aby dostać II-gą taryfę opłat za prąd – w domu była bida)

W codziennym życiu był człowiekiem nieprzeciętnie uczciwym i praworządnym (odniesieniem było angielskie prawo, brytyjskie stosunki społeczne i King Regulation) oraz dowcipnym – umiał bawić całe towarzystwo, które się często w otwartym domu Mamy na parterze w „Capri” zbierało. Uwielbiały Go kobiety. 

Czas i miejsce powstania prezentowanych prac pokrywa się z czterema okresami życia Ojca.:

- lata trzydzieste XX wieku: Zachodnia Europa - podróże, studia,

- przełom roku 39/40: Węgry - obóz internowanych w Siklos i po ucieczce, obóz karny w Balatonboglar,

- lata 40 – 45 : Północna Afryka - szlak bojowy II Korpusu jw.,

- lata 46 – 47 : Szkocja - obóz demobilizacyjny,

i są opisane na pracach (z przodu lub z tyłu), ciekawostką są druki-kwestionariusze polityczno-osobowe przylepiane obowiązkowo na odwrocie każdej pracy (m.in.pochodzenie społeczne, przynależność do partii lub wrogich organizacji) w okresie PRL, - co i tak nie pomogło bo ocena ówczesnych kustoszów brzmiała „secesyjna zgnilizna i burżuazyjne ciągoty”.

Ojciec bardzo to przeżywał i nie ponawiał prób wystawiania swoich prac mimo rad kolegów: (swojego)Tadka Brzozowskiego i (mojego) Władka Hasiora, których pomoc była nieskuteczna (a byli autorytetami) ale ich opinia mniej druzgocąca: „Kazek to jest nie na czasie, weż się za socrealizm”.

Pod koniec życia już w wolnej Polsce nie miał sił na wystawę swoich prac Postanowiłem więc podjąć próbę dzisiaj w warunkach pełnej swobody myśli i wolnego rynku sztuki.

Syn Jacek Kowalski, Poronin 30 września’09  

*/ mówią, że w życiu nie ma przypadków

 

 


 

 

Leliwici Żurowscy

herb lelewici i zurowscy

 

 

Z dziejów rodu od XI do XXI roku.

Pod redakcją Barbary z Żurowskich Adamieckiej primo voto Kowalska
Sanisław Roman Żurowski
Warszawa 2008

Epozody z życia dziadków Kowalskich

 

dziadkowie Kowalscy

 

opowiadane ukochanemu wnukowi Jackowi i przez niego spisane - fragmenty rękopisu Jacka Kowalskiego.

JAK DZIADEK PORWAŁ BABCIĘ I CO Z TEGO WYNIKNĘŁO

[...] Mój Dziadek Jan Kowalski, oddany został przez swojego ojca Dziwiłła Gintofta, na siedem lat, jako terminator do krawca w Krakowie, aby uczył się zawodu. Poznał wtedy o dwanaście lat młodszą od siebie Stefanię, z polsko-węgierskiej rodziny Myszkowskich z Alwerni, gdzie - jak i w sąsiedniej Węgierskiej Górce - żyli koloniści węgierscy. Tak się kochali, że w końcu ją porwał do Zakopanego.
[...] Przyjechali alwerniacy węgierskimi półkoszkami1 w kilka par koni pod „Bar Empire” (własność Dziadka):
-    Oddaj naszą córkę i siostrę!
Z baru wychodzi Babcia prowadzona przez Dziadka, a dalej reszta dobrze podchmielonego towarzystwa Było to wcześnie rano. Dziadek:
Słuchojciez alwerniaki - nie oddom, bo ona juz rusana2. Alwerniacy z siekierami:
Zarąbiemy cię, chałupę spalimy - i chcą się bić. Na to ksiądz:
Bracia chrześcijanie -już po sakramencie - syćko po Bożemu.
To uspokoiło przybyłych. Pili w Barze cztery dni, piątego dnia przyjechała reszta alwerniaków, myśląc, że pierwszą grupę górale zarąbali. Przyjechali w trzy fury. Pili tydzień, i nie tylko w Barze, ale i u Karpowicza, u Trzaski, w Morskim Oku, u Wnuka3 tak, że „przestawili" całe ówczesne Zakopane do góry nogami. W piwnicy Baru zapasy wódki Baczewskiego4 się kończyły.
Wtedy na prośbę Babci wkroczył Jan Backer - dowódca żandarmerii austriackiej w Zakopanem Po negocjacjach zawarto słynne porozumienie na Równa Krupowa (na której stał Bar) - Żywczańskie (tam mieszkał Jan Backer), w którym min. ustalono, że:

  1. reszta zapasów Baczewskiego zmieni miejsce składowania z piwnicy na Równi Krupowej do piwnicy na Żywczańskim,
  2. alwerniacy wyjadą po cichu, w nocy, przez Chochołów i Orawę, omijając Nowy Targ. Gdzie stała żandarmeria austriacka,
  3. drugi syn Kowalskich (wprawdzie Babcia była już w ciąży z Kazimierzem –moim ojcem  zostanie ożeniony z pierwszą córką pana Backera, co zapewni przyjaźń i spokój obu rodziną i polepszy (i tak niezłe) stosunki polsko-austriackie.

 

Tak więc pan Backer zapewnił sobie dobrą pozycję na przyszłość - po uzyskaniu
niepodległości - a nienarodzone, a nawet jeszcze niespłodzone dzieci - Mieczysław i Helena, zostali „dynastycznie” pożenieni dla spokoju w mieście - wówczas podległym jeszcze Cesarstwu Austro-Węgierskiemu.


1 Półkoszek - jedna z dwóch części kosza wiklinowego, stanowiącego dno i boki wozu konnego.

2 Rusana (ruszana) - w gwarze podhalańskiej znaczy nie dziewica.

3 Wówczas najlepsze lokale w Zakopanem.

4 Baczewski - znana wytwórnia znakomitych wódek i likierów we Lwowie.

 

 

W „BARZE EMPIRE" BYŁO WESOŁO

[...] W „Barze Empire" były różne klimaty, bo i fordanserki, i gabinety, i oświetlenie dancingów jedynie żarem z pieca z miki naturalnej, w ażurowej oprawie z żeliwa srebrnego, i polityczne karykatury wujka Tadeusza Myszkowskiego np. „Hitler - malarz pokoju". Również wizyty Wieniawy Długoszowskiego5, po których dziadek robił remont i renowację lokalu. Mama moja za barem, generał zamawiał trunki odstrzeliwując szyjki butelek nad jej głową. Biały koń stoi przed Barem (nie chciał wchodzić   jak do „Trzaski", lub pod jeźdźcem do „Morskiego Oka").
Rano kwatermistrz płacił rachunek, z którego był remont i jeszcze niezła nawiązka. […]

 

5 Wieniawa Długoszowski (1881-1942), generał związany z Józefem Piłsudskim, z zawodu lekarz. W latach 1914-1918 w Legionach, adiutant Piłsudskiego, po I wojnie światowej dowódca drugiej dywizji kawalerii. W latach 1938-40 ambasador w Rzymie, 1940-42 poseł rządu emigracyjnego na Kubie. W okresie międzywojennym był bardzo popularny w kręgach artystycznych, za młodu pisywał wiersze. Popełnił samobójstwo.

 

ZAKOPIAŃSKIE BALE

[...] W latach międzywojennych, w Zakopanem były dwa rywalizujące ze sobą ośrodki w życiu publicznym: arystokracja z bohemą w willi Pawlikowskich „Pod Jedlami", oraz rzemieślnicy i kupcy w „Sokole”. Robiono sobie przeróżne żarty na tle ambicjonalnym, np. na coroczny bal kostiumowy hrabia Za­moyski6 zapraszał zawsze przedstawicieli grupy „Sokół"7. Jednego roku konkurs na kostium wygrał Dzia­dek. Kostium był z rzeżuchy - smoking z jasnozielonej (klapy z ciemnozielonej), spodnie i cylinder z ciem­nej - była to pointa dla arystokracji i artystów; wygrał zwykły rzemieślnik! A stało się to za sprawą pani Pawlikowskiej8, klientki Dziadka, która się w nim podkochiwała po cichu, a otwarcie, gdy Babcia go z domu wyrzuciła.
A więc w następnym roku rzemieślnicy i kupcy zakopiańscy nie zostali zaproszeni na bal do „Willi pod Jedlami" - był to dla nich wielki dyshonor, a więc i zemsta musiała być straszna.
Dziadek został wybrany na tego, który ma rozbić bal. Na smoking i cylinder (z niego rozpylano perfumy Chanell), narzucono gęstą sieć rybacką, w każde oczko sieci wpięto czekoladkę wedlowską, do każdej czekoladki drogerzysta - pan Owoc, wraz z aptekarzem, panem Krzyżakiem - wstrzyknęli kropel­kę rtęci. Dziadek wszedł nie proszony, wśród innych przebierańców, do willi. Panie - damy i artystki, panowie też - rzucili się na czekoladki, chcąc odsłonić balownika. To się nie udało, bo na twarzy Dziadek miał maskę. Gdy ostatnia czekoladka została zjedzona, Dziadek wymknął się do ogrodu, gdzie jego kole­dzy czekali na dalszy rozwój sytuacji. Po pół godzinie toalety były niedostępne i całe towarzystwo w ogro­dzie. Krynoliny i suknie w górę no i walka z ciężkim przeczyszczeniem do rana. Bal rozbity. Fotograf Szbenbeck robił zdjęcia z magnezją błyskającą na krynolinach rozpostartych na krzakach.
W odwecie hrabia Zamoyski (oczywiście nie sam), rozbił najbliższy bal karnawałowy rzemieślni­ków w „Sokole". Przywiózł z Węgier bardzo ostrą, suszoną paprykę, zmełł na pył i kilku jego ludzi rozsy­pało ją w czasie tańca na parkiecie w „Sokole" (budynek znajdował się w miejscu gdzie dzisiaj ma swoją siedzibę Straż Pożarna - za kinem „Sokół" - w czasach komunistycznych noszącym nazwę „Giewont"). Wówczas mało które rzemieślniczki i kupcówne nosiły majtki pod długimi sukniami. Efekt można sobie wyobrazić - najpierw drapiące się w dziwnych miejscach postacie, a potem kłusem biegnące do Foluszo­wego Potoku (na szczęście tuż obok) i płuczące w nim intymne części ciała. Już po balu.

 

6 Władysław Zamoyski (1853-1924) - właściciel dóbr Kórnik, Zakopane i in. Dobra Zakopane (ze znaczną
częścią Tatr Polskich) zakupił w 1889 r. i tu zamieszkał (w Kuźnicach). Zdewastowane przez poprzednich właścicieli lasy tatrzańskie uratował od zupełnego zniszczenia przez ograniczenie wyrębów i pro­wadzenie intensywnych zalesień. Przyczynił się do zbudowania linii kolejowej do Zakopanego w 1899 r. i miał duże zasługi w sporze granicznym o Morskie Oko (wygranym przez stronę polską w 1902 r.) Na
terenie Zakopanego i Tatr Polskich odegrał b. pożyteczną rolę, popierając swą działalnością i finansami różne instytucje oświatowe, użyteczności publicznej itd., oraz inwestycje turystyczne Towarzystwa Tatrzańskiego. Cały swój majątek (m.in. dobra kórnickie i zakopiańskie) przekazał za życia narodowi polskiemu w formie fundacji, która m.in. miała stworzyć podstawy dla utworzenia w przyszłości Ta­trzańskiego Parku Narodowego.

7 Sokół - Polskie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół"; stowarzyszenie gimnastyczne i społeczno-wychowawcze, założone w 1867 r. we Lwowie. Istniało w trzech zaborach, w 1919 r. organizacje połączyły się, siedzibą władz naczelnych była Warszawa. W 1939 r. liczył ok. 90 tys. członków, w tym 15% młodzieży. Działał także wśród emigracji polskiej w Stanach Zjednoczonych, Niemczech i Czechosłowacji.

8 Maria Jasnorzewska-Pawlikowska (1893-1945) - poetka i dramatopisarka.

 

 ŻARTY Z KORNELEM MAKUSZYŃSKIM9

[...] Przyjaźń Dziadka z Kornelem Makuszyńskim wynikała ze wspólnych zamiłowań birbancko-towarzyskich. Np. słynny numer Dziadka, po którym Kornela chciano umieścić w „psychiatryku". Któ­ryś międzywojenny karnawał, w „Morskim Oku", przy barze siedzi Kornel. Dziadek wówczas przebrany - pół od tyłu za kobietę, pół od przodu za mężczyznę - siada obok Makuszyńskiego i też pije, obracając się za każdą kolejką raz przodem, raz tyłem do Kornela, aż ten prawie zwariował, tzn. myślał, że zwario­wał, i prosił doktora Fischera o pomoc.[...]

 

9 Kornel Makuszyński (1884-1953) - prozaik, poeta, humorysta, krytyk teatralny, autor poczytnych książek dla dzieci.

NIE CHCĄ DZIADKA WZIĄĆ NA WOJNĘ


[...] Przyszła II wojna światowa. Ojciec mój wyjechał na dwa tygodnie, wrócił po 9 latach i właściwie dopiero wtedy go poznałem.
Dziadek nie został zmobilizowany, ze względu na wiek (miał wtedy 60 lat). W komisji poborowej w Nowym Targu zrobił awanturę, wyliczając wszystkie swoje zasługi w Legionach Piłsudskiego i w ar­mii austriackiej, min. zdobycie klasztoru żeńskiego w Czerwini (słynny pułk „Cwancygerów" - XXII Pułk Strzelców Alpejskich), gdzie siostry gościły Dziadka i jego towarzyszy przez dwa tygodnie. Tam Dziadek, po odmrożeniu stracił wszystkie włosy na głowie - po prostu zdjął je razem z czako żołnierskim. Dalej wyliczał: rany od kuli w Ołomuńcu i rany głowy od kamieni rzucanych z okien domów w Często­chowie w czasie marszu legionistów z Krakowa na Warszawę, oraz działalność organizacyjną w „Sokole" i sprawność fizyczną: I klasa w gimnastyce, 92 kg wagi - same mięśnie, salta przez 12-osobowy stół (wzdłuż) zarządu „Sokoła" itp. itd. Nic nie pomogło, nie zmobilizowano Dziadka.

 

KRÓTKO W PODZIEMIU, DŁUGO W OBOZIE


Wziął się więc Dziadek do organizowania w Zakopanem podziemia, nie mając żadnych doświadczeń i wzorów (w ramach Związku Walki Zbrojnej - jeszcze nie istniała Armia Krajowa) i... na pierwszej akcji wpadł.
Przywieziono mianowicie z Warszawy żonę i córkę wysokiego generała, który był już wtedy na Zachodzie - Dziadek wraz z kolegami z „Sokoła" miał umożliwić im przedostanie się na Zachód. Obciął paniom włosy po męsku, przebrał je w bukowe portki10 i serdaki, pożyczył od sąsiada Krzeptowskiego parę koni z sankami i włókami11, załadował kilka sajt12 dobrego drewna i powiózł niby to sprzedać je na Słowację, przez Łysą Polanę, mając do pomocy dwóch góralskich parobków. Panie warszawianki jechały na sankach, a gdy mijali Niemców - pchały sanie jako parobki. Na Słowacji przejął je przewodnik z Buda­pesztu, a Dziadek wrócił do Baru, gdzie czekało już gestapo i pobici koledzy. Na oczach rodziny gesta­powcy wybili Dziadkowi wszystkie zęby i zabrali na dokładkę mojego wujka - Tadeusza Myszkowskie go, autora karykatur z Hitlerem (podpisanych imieniem i nazwiskiem), które zdobiły wnętrze Baru. To był grudzień 1939 r.
Pojechał Dziadek pierwszym transportem, tzw. Tarnowskim, do Oświęcimia, razem z wieloma inny­mi zakopiańczykami (spisakowcami o niemieckich nazwiskach, którzy nie chcieli podpisać volkslisty) Dziadek dostał nr 99, wujek Myszkowski trzycyfrowy. Obaj, jako więźniowie, pracowali przy budowle obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, później przy budowie obozu w Brzezince. [...]
Dziadek działał przy organizowaniu Obozowego Ruchu Oporu, w którym również uczestniczył Jo­zef Cyrankiewicz (po wojnie premier komunistycznego rządu w Polsce). Cyrankiewicz miał swój udział w odebraniu Dziadkowi, w 1946 r., bezprawnie zarekwirowanego - nawet w świetle ówczesnego prawa o komunistycznej nacjonalizacji - „Baru Empire", z warsztatami krawieckimi - jedynego źródła utrzy­mania dla dwudziestoosobowej rodziny. Gdy spotkali się w „Poraju"13, Dziadek prosił Cyrankiewicza o zwrot Baru - ten odmówił. Dziadek podniósł głos, doskoczył milicjant, którego Dziadek jednym cio­sem w szczękę położył na ziemi. Dziadka zaaresztowano i pobito, a moja matka wypłakała u Cyrankiewi­cza w jego willi „Siedem Kotów" na Kozińcu zwolnienie Dziadka, bez sprawy, na drugi dzień.
Rodzina Kowalskich odzyskała Bar po 40 latach dewastacji. [...]
Po powrocie z obozu w Sachsenhausen, gdzie pod koniec wojny Niemcy wywieźli pozostałych przy życiu więźniów z Oświęcimia, Dziadek był karmiony przez Babcię kleikami itp. (ważył 47 kg.). Miał leżakować - wolał jednak śledzika, trunki i panienki. W końcu Babcia wniosła sprawę o rozwód.

 

10 Bukowe portki - spodnie góralskie uszyte z grubego sukna.

11 Włóki - chłopskie sanie (tylna część podwójnych sań).

12 Sajta - w gwarze podhalańskiej znaczy szczapa drewna.

13 „Poraj" - prywatna restauracja w Zakopanem przy ulicy Krupówki, własność p. Olbrychta - byłego bufetowego z „Baru Empire".

 

 AWANTURA PRZY ROZWODZIE


Sprawę rozwodową rozpatrywał sąd przy ulicy Nowotarskiej - była to wielka sensacja, przyszło pół Zakopanego. Sprawę prowadził sędzia Stanisław Gramatyka, kolega Dziadka z „Sokoła" i z obozu w Oświę­cimiu. Wysoki Sąd nie dał rozwodu, tylko „separacje od łoża i stołu", uzasadniając orzeczenie sędziwym wiekiem współmałżonków i niemożliwością spłodzenia progenitury. Dziadek słysząc to skoczył do ba­rierki i krzyknął: Gramatyka - mów k...za siebie. Skończyło się to wysoką grzywną, którą Dziadek musiał zapłacić za obrazę Sądu, a znajomi mieli niezłą zabawę.
Na drugi dzień Babcia przywiozła rzeczy Dziadka związane w prześcieradło i rzuciła przed nasze drzwi - ukochanej synowej, a sama poszła do cioci Eli Wierzgacz - córki.
Tyle zostało Dziadkowi z majątku - warsztatu pracy rodzinnej, który pozwolił przed wojną godnie żyć i wykształcić czworo dzieci za granicą; Jankę w Niemczech i Francji (ekonomia), Elę w Dreźnie (śpiew), Kazka w Paryżu, Liege i Gandawie (grafika użytkowa), Mietka we Francji (pilotaż z licencją instruktora lotnictwa wojskowego. [...]

 

JUTRO UMRĘ


[...] Dziadek po przeżyciach obozowych, podobnie jak i jego koledzy, którzy przeżyli, był zupełnie zdemoralizowany w kwestiach zasadniczych - życia i śmierci (nie wiem czy demoralizacja to dobre słowo). Na dzień przed śmiercią (polegiwał już od miesiąca) - wezwał mnie telefonicznie (pracowałem na budowie COS koło Ronda) i rzekł:
- Jacek - jutro umrę. Tu w zagłówku mam schowane przed Babcią 500 zł., weź je, idź do „Watry" i przepij ze swoją ładną warszawianką, ale odczekaj kilka dni po pogrzebie, żeby poruty w mieście nie było i żeby twoja Matka się nie zorientowała.
Byłem w szoku.
Dziadek na drugi dzień już się nie obudził.
Poszedłem za tydzień z Basią warszawianką do „Watry", przepiłem wszystko, ostatnie 5 zł. dałem przy wyjściu szatniarzowi - cały rok mi się kłaniał. Na parkiecie zorientowałem się, że na rękawie mam żałobę (na szczęście ciemny garnitur) - zdjąłem w szatni.
Na pogrzebie było pół Zakopanego, a wśród nich Pawlikowscy, potomkowie Zamoyskich i, nawet Babcia.
Dziadek udzielał się również jako „lekarz homeopata", lecząc skutecznie otyłość pań: rano śniada­nie (wiedeńskie) w Barze, po nim marsz na Kalatówki, tam u Skupnia litr świeżej żentycy14 do wypicia duszkiem i powrót do Zakopanego - już powolny, bo panie musiały często przystawać przy krzakach. Dalej jedzenie dowolne, byle w Barze, i tak przez dwa tygodnie. Wyniki do - 20 kg.
Nieskutecznie, ale na wesoło, leczył płuca nalewkami spirytusowymi z agawy i aloesu.
Cały czas „kolegował się" z panem Backerem i pomagał mu, gdy ten znalazł się w więzieniu za czasów komunistycznych.

 

14 Zentyca - serwatka z owczego mleka, ma właściwości przeczyszczające.

 


 

Polski Październik '56 i Węgry - z ksiażki Andrzeja Bratkowskiego"NASZ ROK" (1953-2003)

 

zdjęcie naszego roku

 

No cóż! - w tej sytuacji nie miałem już co robić w Nowym Targu. Z Józkiem umówiłem się, że gdyby potrzebował pomocy, niech daje znać, i pojechałem do Zakopanego. Tam z kolei działał z "naszego roku" Jacek Kowalski i on doprowa­dził mnie do Wojtka Niedziałka, który reprezentował zakopiańską "Grupę Czterdziestu", nieformalną organizację lokalnej "rewolucji". Doprowadzili oni do tego, że w Zakopanym powołano komisję rehabilitacyjną osób represjonowanych w czasach stalinowskich, a ponadto, że Komitet Miejski PZPR ogłosił by w wyborach do nowych władz partyjnych, po przymusowej rezygnacji dotychczasowych, wzięli udział zgłaszani również przez bezpartyjnych kandydaci, czyli "ludzie cieszący się zaufaniem całego społeczeństwa"

 

 


 

motto :

„Z parzenicą na piersi,
Znowu w pierwszym szeregu.
Zawsze byliśmy pierwsi,
W zjeździe , w skoku i w biegu ,
Tym razem na wybiegu."

AZS wspomnienia na A4!? (na 50 -lecie Klubu)

I. Próba oceny - na użytek dzisiejszych Azetesiaków

Jak można zmieścić na tym formacie moją przygodę z AZS ZAKOPANE, która zdeterminowała moje dorosłe życie zawodowe i rodzinne oraz pozwoliła przeżyć w miarę godnie ten kawałek niełatwej historii naszego kraju z łaski Mocnych Ówczesnego Świata nam narzucony ? Nie można zmieścić. Nawet gdybym Babicza oszukał i wybrał najmniejszą czcionkę dostępną w środowisku „Windows" gdzie mi się na starość przyszło poruszać. Co to zresztą jest starość i kiedy się ona zaczyna dla naszego wspaniałego pokolenia, które przeżyło 3 systemy i 2 wojny oraz treningi Stefana Dziedzica (ksywa - „Babicz").  W każdej jednak sytuacji nawet tak wspaniałej i godnej pochwał jak nasza lepiej wyciągać wnioski miast się komplementować i rzewnie wspominać (czego i tak nie braknie) . To mniej przyjemne ale bardziej pożyteczne dla dzisiejszych Kolegów, czynnych zawodników i ich Wychowawców w AZS ZAKOPANE.

A więc po pierwsze - kadra. Ten zespół Wychowawców , który nam się trafił może dla przeciętnych następców niepowtarzalny, ale dla ambitnych osiągalny , był wspaniały i na miarę ówczesnych czasów. Od Dudka Fischera począwszy poprzez Druha Walkosza , Druha Mardułę , Stefana Dziedzica i Tomka Gluzińskiego. Oczywiście wspierała ich kadra działaczy i młodszych następców ale wymieniam tylko najlepszych tych, którzy wpłynęli bezpośrednio na kształtowanie się mojej osobowości i młodość moją uczynili ciekawą , wesołą i w miarę beztroską - mimo , a może nawet wbrew tej rzeczywistości, która nas wówczas otaczała. Nikt już później (a miałem szczęście mieć dobrych przedwojennych nauczycieli w Gimnazjum ,,Liliana" i doskonałych profesorów ze Lwowa na Politechnice Krakowskiej) nie wywarł na mnie takiego wychowawczego wpływu jak Oni.8

Po drugie to My Koledzy,- niepowtarzalne towarzystwo ludzi sprawnych, dowcipnych i koleżeńskich. Nasze zdrowie fizyczne i siła psychiczna uzyskane w AZS-ie ZAKOPANE pozwoliły nam skończyć dobre szkoły i osiągnąć ponad przeciętny status społeczny, sukcesy w gospodarce i w wielu dziedzinach życia publicznego. A co najważniejsze, morale nabyte od naszych Wychowawców pozwoliło nam uczynić to w sposób w miarę przyzwoity (wszyscy jako Polacy byliśmy w tym szambie ubabrani, jedni mniej drudzy bardziej - ale znani mi Azetesiacy należeli do tych pierwszych). Nawet Ci co wybrali Drugie Ojczyzny i opuścili nas gdy byli zanurzeni jeszcze tylko do kolan lub po pas,- też wybili się ponad przeciętność i zdobyli sukcesy w biznesie a nawet w życiu publicznym. Kult szlachetnej walki i rywalizacji sportowej kultywowany w HKN-ie i AZS-ie Zakopiańskim pozwolił dać nam odpór działaniom systemu , który kastrował społeczeństwo z chęci walki, odpowiedzialności za siebie i rodzinę oraz zrównywał najlepszych z najgorszymi. Dzięki temu łatwiej nam odnaleźć i pozbierać się dzisiaj gdzie rywalizacja panuje we wszystkich dziedzinach życia materialnego - a nawet i duchowego bo Pan Bóg przecież pomaga tylko tym , którzy Mu pomagają czyli pracowitym, aktywnym i odważnym. Z drugiej strony wpojone nam wówczas zasady uczciwości i solidarności w zespole oraz pomagania słabszym przy uszanowaniu indywidualności jednostki, pozwoliły nam w miarę przyzwoicie przejść PRL w stosunku do bliskich i dalszych nam ludzi,-a dzisiaj pozwalają godnie walczyć na wolnym rynku, gdzie prawie wszystko jest towarem a więc do kupienia. Mowa jest więc o wartościach wynikłych z tradycji HKN-u, lilijki harcerskiej i Sokoła: umiłowanie ludzi i przyrody, wierność Bogu i Ojczyźnie oraz szacunek dla własnego honoru*. ( Honor - znajdziesz w Encyklopedii)

Po trzecie to Góry. Dobre nasze góry - Tatry. Jazda po stokach tatrzańskich wówczas dostępnych (TOR SRAL z Kopy Magury na Bustrycką (nazwany od Basi Lorek- ksywa „Srala" , a słynny z salta o prostym krzyżu, które tam wykonał Romek Warczygłowa - ksywa „Trąbek"), UHROCIE KASPROWE i SUCHA KASPROWA, ŁOPATA, CIELĘCE TAŃCE odkryte i ulubione przez Mietka Kowalskiego (ksywa - „Mięto II" potem „Metiu Kalafonia") , M. KOŚCIELEC , GIEWONT , LEJOWA , RAMIĘ CIEMNIAKA ITP. i ITD.) dla narciarskiej młodzieży wyrobiła w nas poczucie piękna, czułość na walory przyrody i dostarczyła niezapomnianych przeżyć estetycznych na granicy orgazmu intelektualnego. Są to niestety przeżycia dla naszych następców nieosiągalne z powodu polityki ekologicznej jaką prowadzi Tatrzański Park Narodowy za nasze pieniądze i za milczącym (wygodnickim) przyzwoleniem Zakopiańczyków. Nie mogłem Koledzy z tym się pogodzić i dalej na to patrzeć spokojnie. Pamiętacie, że nawet w trudnych czasach miałem odwagę zawalczyć z Radą Naczelną ZSP i Zarządem Głównym AZS o czystość i uczciwość w Akademickich
Reprezentacjach Polski (materiały z tych bojów będą do wglądu na Jubileuszu) (lub zostaną załączone ?! co Ty na to Stefan?)
Za PRL próbowałem erzacy : wybudowałem stoki slalomowe i wyciągi w Kazimierzu Dolnym i na Wieżycy (materiały z tych czasów będq do wglądu na Jubileuszu)(a może dołączone ?) - ale cóż zastąpi TATRY.
Tak więc w RP zorganizowałem TATRA SKI LOBBY organizację mafijną działającą na granicy prawa, (stosownie do metod działania Adwersarzy) , której celem jest wymiana Dyrekcji i Rady Naukowej TPN uprawiającej za nasze pieniądze EKOFASZYZM*,- na kadrę nowoczesnych ekologów umiejących pogodzić interesy 2,5 min. polskich narciarzy z zachowaniem przyrody w Tatrach dla następnych pokoleń,- nie zapominając , że oprócz świstaków 40-to milionowy naród jest zauważalnym elementem tej przyrody. Kilkudziesięcioosobowa grupa Osobistości naszego życia publicznego - członków TATRA SKI LOBBY nie ujawnia się co jest naszą zasadą organizacyjną. Jestem jedynym upoważnionym do reprezentowania TATRA SKI LOBBY na zewnątrz i głoszenia naszych poglądów. Większość duchem - a niektórzy incognito - będą z nami na tym Jubileuszu, który jest koronnym dowodem w skali pokoleń na pozytywne skutki i potrzebę w wymiarze narodowym, społecznym, moralnym i zdrowotnym,- pełnej dostępności Tatr dla narciarzy.
*) Ekofaszyzm uprawiany przez obecne Kierownictwo TPN (Rada Naukowa i Dyrekcja) jest to zjawisko znane na Zachodzie i już skutecznie tam ograniczane. Jest to naruszanie równowagi historycznie wytwarzanej pomiędzy Ludźmi w ich siedziskach a przyrodą, poprzez odcinanie ich od terenów zawłaszczanych na Parki Narodowe i Rezerwaty. Tak umarło wiele wsi i stacji narciarskich w Szwajcarii i USA zanim te społeczeństwa się zorientowały nazywając to po imieniu ekofaszyzmem. To grozi Zakopanemu i uniemożliwia realizację przygotowań do OLIMPIADY.

Wyjazdy za żelazną kurtynę:
Mało kto już dzisiaj pamięta (lub chce pamiętać) , że była to wówczas jedyna możliwość przekroczenia Żelaznej Kurtyny, niedostępnej dla nikogo z dyplomatami, artystami i naukowcami włącznie. Dla nas była to szansa poprzez narty i AZS Zakopane. Dla mnie osobiście była to jedyna możliwość sprawdzenia opowieści Ojca (żołnierza II Korpusu gen. Andersa o Zachodzie, które były tak sprzeczne z otaczającą mnie w kraju rzeczywistością, że na złość Ojcu zapisałem się do ZMP. Pamiętam w 1956 r. incydent Korzona z szefem ekipy czechosłowackiej w knajpce „Alu Piot" na przełęczy Alp d'Venosce (gdzie stał wówczas jeden hotel , ta żeż knajpka i jeden wyciąg - dzisiaj słynne Le duex Alpe) : w dyskusji przy barze na temat Polskiego Października '56 (w którym braliśmy czynny udział) tenże działacz czechosłowacki powiedział :- zawsze Wy Polacy narozrabiacie i po co! W 1939 też się Wam zachciało Gdańska i czym się to dla Europy skończyło? Zanim zdążyliśmy zaoponować Jurek uderzył go w szczękę tak mocno , że facet został pod barem. Na tym samym wyjeździe (Kunior, Korzon, ja , Teresa Kodelska i Hanka Herczak - Mistrzostwa Uniwersytetu w Grenoble) gdzie sprzedawaliśmy narty Zubka aby żyć, a po zawodach rozjechaliśmy się każdy w inną drogę do kraju, podpadliśmy szefowi ekipy radzieckiej i biedny enkawudzista napisał na nas donos do ZGAZS o naszym „skandalicznym" zachowaniu, dziewczynach (Greta, Maud i Nicole) oraz wyjazdach do Monte Carlo i Paryża itp. itd. co mu się wszystko w głowie nie mieściło. Oczywiście zostaliśmy po powrocie wezwani do Warszawy i po ojcowsku rozliczeni ale już z polskim przymrużeniem oka. A wyjazd do Krańskiej Hory na zawody, których nie było! z Trąbkiem i Wałkiem? Zjazd z Planicy na zjazdówkach (z Iangrymerami!) rano narty  po południu kąpiel w morzu z moim paszportem utopionym w Riece po dużej ilości wina. A piękna Marica studentka AWF w Lublianie, która nas na nią napalonych spiła winem w uroczej knajpce , ułożyła wieczorem w hotelu szeregiem, a na drugi dzień rano zdała egzamin dyplomowy.

Nie zapominajmy, że te wyjazdy jakby je dzisiaj nazwać za granicę, a wówczas za żelazną kurtynę były jedyną szansą dla dokonania ucieczek na Zachód dla wielu z nas i to wcale nie tych najsłabszych intelektualnie i fizycznie a na pewno najbardziej przedsiębiorczych (o odwadze tu nie mówię bo jeszcze nie umiem ocenić czy większej odwagi wymagała decyzja ucieczki czy decyzja zostania w kraju mając szansę ucieczki ?!) uważam (i jest to mój drugi wniosek do Deklaracji Jubileuszu 50-cio lecia AZS ZAKOPANE , pierwszy dotyczy potępienia ekofaszyzmu w TPN, że obecny nie za bogaty Zarząd Klubu winien wystawić Rządowi USA (i rządom kilku innych bogatych krajów Zachodu) rachunek za transfer naszych kolegów po cenach Łowców Głów ,- na pewno starczyłoby na umieszczenie 5 juniorów w cyrku Pucharu Świata.)

Dziewczyny z okolic narciarskich (dzisiaj fanki)
Jak nie wspomnieć dzisiaj tego kręgu urodziwych dziewczyn, kręcących się wokół nas? Najwięcej ich było wokół Korzona zwanego już wówczas „Volare"! m.in. jedna z jego ówczesnych sympatii Barbara, która wówczas nie zwróciła na mnie uwagi (siostrzenica Druha Karola Iwanickiego), została 10 lat później moją żoną i do dzisiaj wytrzymuje mój styl życia budowlanego bradziagi. Były tam m.in. Gosia - Borusiewicz ect.ect. dziś doktor z trzecim nazwiskiem, Dunka Micińska zauroczona wówczas „Volare"!(skrycie jednak do dzisiaj zakochana w Yano) a po ich ucieczce zgłębiająca 7 kręgów Witkacego z Włodkiem Czarniakiem. A Basia Zembrzuska ? piękna blond -warszawianka dzisiaj Pani na San Remo, a seksowna Krysia Bomer,- dzisiaj bizneswoman i wiele, wiele innych równie wspaniałych dziewczyn. Pamiętam dworzec kolejowy w Zakopanem gdy wracaliśmy z wygranych zawodów i te tłumy zakopiańczyków i te dziewczyny. Pamiętam ten sam dworzec po przegranych zawodach - gdzie czekała tylko moja matka. A wszystko to w śniegu pomarańczowo - niebieskim, w złotym słońcu,- jak śpiewał najskuteczniejszy uwodziciel w AZS-ie „Metiu Kalafonia" : „Szczyty Tater w śnieżnej szacie , słońce bajkę złocistą nam śle. Jedźmy, suńmy w dal nieznaną póki narty nie ustaną , cały świat szaleje z nami , białe szaleństwo nas gna!    (na melodię czardasza).

Kolejka na Kasprowy urodzona z romantycznej miłości Ministra Bobkowskiego do córki Prezydenta Mościckiego - zakochanej w nartach, a za słabej na codzienne podejścia na nogach na Kasprowy (kształciła się we Francji i szusowała w Chamonix gdzie kolejki były oczywistością już wówczas))
„Przyszła(m) na świat (aby...) razem z Nami , dzięki wyobraźni , uporowi i determinacji ówczesnych Decydentów, (której tak brakuje dzisiejszym Zakopiańczykom oraz Warszawiakom z Wiejskiej, Aleji Ujazdowskich i Krakowskiego Przedmieścia).
DZIĘKI SERDECZNE IM ZA TO SKŁADAM ,- a winniśmy to zrobić wszyscy w Deklaracji Jubileuszu 50 - lecia AZS ZAKOPANE. (byłby to mój trzeci wniosek do tej deklaracji, którą wg. mnie winniśmy przesłać do Pana Prezydenta RP . Pana Marszałka Sejmu oraz Samorządu Zakopiańskiego i PKL-PKP jako przeciwwaga dla apelu intelektualistów przeciwnych Olimpiadzie z nie zrozumiałych dla Nich powodów. Apel ten napisała sekta pt. „Bielska Pracownia na rzecz wszystkich istot" a podpisali go (z łapanki)wybitni fachowcy od nowoczesnej ekologii , techniki kolejkowej , narciarstwa i psychologii społecznej. To tak jakbym ja wziął się za ocenianie wyższości poezji Noblisty nad Noblistką , kiedy i tak wszyscy Zakopiańczycy wiedzą , że Ona pisze lepiej i bardziej po ludzku.)
Bez Niej nie byłoby tych wspomnień, nie byłoby AZS ZAKOPANE na narciarstwie zjazdowym głównie stojącego, nie byłoby Nas - takich jakimi dzisiaj jesteśmy. Nie byłoby narciarstwa zjazdowego w Polsce i 2,5 milionowej rzeszy narciarskiej. Wygodni i spolegliwi w stosunku do TPN Zakopiańczycy winni sobie zadać pytanie czym byłoby Zakopane bez kolejki? i czym zostanie jeżeli czarny scenariusz Stefana Chałubińskiego - tyz Doktor(ksywa „Wnuk -Zakrywca") (niestety wnuk nie wdał się w Dziadka - „Odkrywca") zostanie zrealizowany (tzn. stopniowy demontaż kolejki)? Co by było:

Ta   kolejka   najstarsza   na   świecie   ma   być   „zmodernizowana"   jako   relikt   muzealny  z zachowaniem 2 odcinków i załamania trasy z przesiadką na Myślenickich Turniach !!! (co wynikało z ówczesnych możliwości produkcji lin do 2 km długości - dzisiaj 4 km lina nie stanowi problemu). Jeżeli  tak  się stanie  to  nasze  Wnuki   będą  Nas  wytykać   palcami jako  niezaradnych nieudaczników a „inżynierom" , którzy taki projekt podpiszą każą zjeść dyplomy. Poza każdym racjonalnym sporem jest fakt , że winna to być kolejka jednoodcinkowa. Do ustalenia  między fachowcami od  nowoczesnej ekologii i techniki  kolejkowej jest tylko przebieg trasy:

1. Czy wg. koncepcji Andrzeja-Bachledy-Curusia (ksywa - "Ałuś") - dzisiaj ABC z sanżerwe, przedłużenie górnego odcinka pod Dolne Kalatówki z podporą przelotową na Myślenickich Turniach, gdzie stacja rozrządcza:

2. Czy wg. koncepcji Michała Sitarza (ksywa - "Kurd") nowym prostym odcinkiem poprzez Chłopki Jawarzyńskie (na których jedyna podpora) do Kuźnic?

Pierwsza eliminuje cały ruch samochodowy i pieszy z Doliny Bystrej, a druga pozwala zachować infrastrukturę (zabytkową już, a jednak na terenie TPN!?) w Kuźnicach. Dylemat dla obecnych polskich Decydentów sprowadza się więc do odpowiedzi na pytanie: Czyj interes grupowy jest ważniejszy w świetle dzisiejszych i przyszłych potrzeb coraz bogatszego i europeizującego się 40-to milionowego Narodu?!

Opowieść o naszej kochanej Staruszce, która nas współtworzyła kończę wspomnieniem jak zwoziłem 5-cio letniego Kazia (dzisiaj Pan Inżynier Kazimierz Korzeniowski - Kierownik Kolejki Jubilatki) w jego pierwszym zjeździe z Kasprowego, który miał się odbyć pod opieką brata Jurka - ale Volare na górze gdzie dziewczyny i aplauzy a w kotle ustawiony slalom,- gdzieś go zgubił. Zwiozłem Kazia do Kuźnic gdzie do dzisiaj nam rządzi szczęśliwie - gdyby jeszcze miał odwagę I przebojowość Inżyniera Kodelskiego (ojca naszej wspaniałej koleżanki Teresy) budowniczego kolejki w 7 zimowych miesięcy na przełomie 1935 i 1936 roku.

Opowieści inne, m.in. o naszym starszym koledze , „Józku" (ksywa - Józef hrabia Uznański) i o jego szusach żlebem z Pod Palca i próbującym go naśladować (ale już za pieniądze) Panu Ilo - zostawiam historykom wraz z opowieściami o walce podziemnej Bolka Dobrzyńskiego b. żołnierza AK później naszego tajemniczego do dziś Kolegi - łączonego ze znalezieniem zamarzniętych zwłok ostatniego z 17 przywódców goralenvolku na przełęczy Col du Midi zaraz po wyjeżdzie ekipy AZS ZAKOPANE ze Szwajcarii, kiedy to Bolek {wówczas!!!} zniknął na 2 dni - po czem się nagle znalazł na dworcu przy odjeździe.

 

Moje narty, - skąd i dlaczego Narty?

Zaczęło się od szansy wyjazdu na Zachód i tak je pokochałem. Potem zorientowałem się , że jako syn andersowca i wnuk legionisty 2 razy wyrzucany z Liliany za pseudopolityczne sprawy, nie mam szans na wyższe studia. Uratował mnie (i nas) wówczas Prezes Hara , który przyszedł na trening na kortach (dzisiejszy magistrat) kazał usiąść, wyjął notesik i w towarzystwie Dudka, który nas przedstawił jako najlepszych juniorów, zapytał gdzie kto chce się dostać na studia. Miałem 30" do namysłu, strzeliłem budownictwo lądowe (po ojcu techniku budowlanym), Kunior - mechanika (po ojcu profesorze) a Korzon za nim też mechanika. Egzaminy wstępne były formalnością. Dopiero na I roku starając się o stypendium (żyłem z 400 zł kadrowego a w domu cienko) trafiłem na Józka Chowańca przewodniczącego Komisji, który wyjął moje papiery z negatywną opinią z Liliany, gdzie napisano krótko : „typ raczej mięśniowy , nadaje się na studia W.F. , posiada negatywne politycznie zdolności przywódcze, wyróżniony z historii, religii i nauki o świecie współczesnym" , - i spytał mnie co ty Jacek robisz na wyższej uczelni z taką opinią, jeżeli tu już jesteś dzięki nartom i AZS-owi to siedź cicho na dupie i nie drażnij władz podaniem o stypendium. Tak więc oprócz miłości poznałem praktyczne korzyści z jazdy na nartach w AZS-ie. Narty kocham do dziś , nauczyłem dobrze jeździć moją żonę i córkę Hanię (poszła jednak w jeździectwo) oraz kilku przyjaciół. Co roku jestem w zimie na Kasprowym a wiosną i jesienią wysoko w Alpach.
Różnie potem się układało, chciałem budować i rządzić ludźmi, umiem to robić i z tego żyję. Aby w tych czasach dostać jakiś większy zespół ludzi i duży projekt zapisałem się do partii, gdzie moje poglądy ewoluowały wraz z krajem i świadomością narodową współziomków. Naiwne próby reformowania systemu skończyły się w stanie wojennym wyrzuceniem z partii, utratą pracy, zawałem i pięcioma bay-pasami. Resztki wątpliwości co do uroku idei sprawiedliwości społecznej zostały jednak aż do czasu 2 letniego kontraktu na budowie elektrowni jądrowej gdzie „od środka" mając 2,5 tysiąca ludzi w interiorze ukraińskim mogłem przyjrzeć się skutkom systemu w zniszczeniu ludzi i przyrody po obu brzegach Horynia tam gdzie trwał lat 70 i tam gdzie tylko 50. To mi było potrzebne, tam wyleczyłem się do końca, a nawet na tyle aby podjąć z Yanem próbę (nieudaną) budowy kolejki linowej na Howerlę a z księdzem Stanisławem odbudowę (udaną) polskich kościołów w Ostrogu i Szepietówce.
W sumie zdrowia i siły psychicznej nabytych wspólnie z Wami Drodzy Koledzy w AZETESIE ZAKOPIAŃSKIM,- starczyło na pustynie Środkowego Wschodu, turecki subtropik, fińską tajgę i ukraiński step. Często tam właśnie, kilka tysięcy kilometrów od Polski wśród różnych religii , kultur i obyczajów doznawałem tego specyficznego dla takich sytuacji uczucia dumy, że jestem Europejczykiem, Polakiem, Zakopiańczykiem i Azetesiakiem, a więc mam korzenie jestem więc kimś na tej planecie. Kochani ! Szykujcie więc siebie, narty i ostrzcie kanty na brzytwę bo moim najskrytszym marzeniem jest dołożyć Wam na tym Gigancie Pokoleń. Do zobaczenia na starcie w słusznej kondycji a potem na piwie w doborowym towarzystwie ...Azs wita Nas tutaj zebranych, chłopaków wybranych ,- humor jest, piękny śpiew ,- te nasze zalety kochają kobiety..., pozostając z nadzieją , że Organizatorzy i oto też zadbają.

Jacek Kowalski 1998.08.15

Warcz. Polska. Europa. Trzecia Planeta Układu Słonecznego

Realizacja sztart.pl